Julidochromis transcriptus

    Tekst: Paweł Czapczyk

    Mając nadzieję na przychówek parę naskalników wężogłowych wpuściłem do akwarium o wymiarach 60x30x30 cm. Że jest to para – nie było wątpliwości. Czy jest dobrana? Już wkrótce miałem się o tym przekonać.

    Wybrane osobniki pływały do tej pory w akwarium wystawowym, wśród kilku tanganikańskich endemitów i bodaj sześciu przedstawicieli własnego gatunku. Wyraźnie miały się ku sobie, ale w przypadku rodzaju Julidochromis, zanim dojdzie do tarła, nie można być przecież niczego pewnym. A już gwarancji na zgodność charakterów u konkretnej pary nie ma się, zwłaszcza wtedy, kiedy przenosi się ryby do innego zbiornika, niemal całkowicie zmieniając im środowisko. Należy o tym pamiętać, choćby podczas podmian wody, które nigdy nie mogą być radykalne, a także w trakcie przymusowych zabiegów kosmetycznych, takich jak odmulanie, które powinny odbywać się zgodnie z wszelkimi zasadami ostrożności.

    Świadczy o tym przykład mojego znajomego, który podczas rutynowych porządków w akwarium tarliskowym nieopatrznie przesunął grzałkę, czyli dokonał błahej i nieznaczącej – z punktu widzenia akwarysty – zmiany w podwodnym krajobrazie. Na tyle rozwścieczyło to samca Julidochromis, że w porywie wściekłości zabił samicę, z którą notabene odchował już dwa pokolenia młodych. Wysnuć z tego można prosty wniosek, że sposób rozlokowania sprzętu do akwarium oraz konstrukcji z kamieni winien być ściśle przemyślany przez hodowcę pod kątem przyszłego operowania gumowym wężykiem, czy siatką do ryb.

    Obfitujące w jaskinie i wąskie szczeliny rumowisko skalne, które ma imitować podwodne usypiska głazów charakterystyczne dla miejsc występowania naskalnika wężogłowego przy zachodnim brzegu jeziora, musi cechować przede wszystkim stabilność. A raz zaaranżowanego wnętrza nie wolno pod byle pretekstem „ulepszać”. Ryby, zaakceptowawszy skaliste status quo, słabo tolerują przecież zmiany i na wszelkie ingerencje akwarysty reagują silnym stresem. Są monogamistami. Nie porzucają też zawczasu obranej groty, przenosząc gniazdo w inne miejsce wedle naszego upodobania.

    Julidochromis transcriptus

    J. transcriptus, będąc najmniejszym reprezentantem rodzaju (dorodne samce z ledwością przekraczają 7 cm), zalicza się zarazem do taksonów zadziornych i wojowniczych. W akwarium nie ustępuje większym gatunkom tanganickich pielęgnic, jeśli tylko wejdą mu w drogę lub zapragną dzielić z nim terytorium. Przy czym stopień okazywanej agresji, kierowanej tak do wewnątrz, jak i na zewnątrz gatunku, zależy od indywidualnych predylekcji danego osobnika. W mniejszych akwariach często nie omija nawet ryb zasiedlających odrębne nisze i środowiska. Miałem się o tym boleśnie przekonać, kiedy w jednym ze zbiorników usiłowałem pogodzić wyrośniętą parę muszlowców krótkich, zamieszkujących akwarium już wcześniej, ze świeżo wprowadzonymi naskalnikami wężogłowymi. Sformowałem specjalny „łańcuch górski”, oddzielony szeroką piaszczystą plażą od skupiska muszli, czyli tradycyjnego stanowiska Neolamprologus brevis. Nic nie pomogło. Samica muszlowca poległa po tygodniu, samiec zaś został paskudnie okaleczony. Dopóki zresztą mógł – z pokiereszowanym pyskiem – mężnie stawał w obronie swoich włości, ustawiając się najpierw bokiem, a potem ruszając do obrony z rozwartą paszczą i sczepiając się z silniejszym napastnikiem. Cóż, doszedł do siebie dopiero w zbiorniku kwarantannowym.

    Godne rozważenia są natomiast próby połączenia w domowym biotopie zgodnie żyjącej pary naskalników z walecznymi szczelinowcami (Neolamprologus leleupi, N. obscurus, N. modestus) lub dystyngowanymi przedstawicielami rodzaju Altolamprologus. Ale do tego odpowiednie wydają się zmyślnie rozplanowane akwaria przynajmniej 250-litrowe (najważniejsza jest oczywiście powierzchnia dna i wydzielenie odrębnych rewirów). W takich zbiornikach obserwuje się niekiedy ciekawe zjawisko: wykluty mniej więcej w tym samym czasie narybek różnych gatunków nie bywa niepokojony przez konkurencyjne pary rodzicielskie i dość swobodnie przepływa sobie między zantagonizowanymi rewirami. Co więcej, obszerne zbiorniki dają możliwość zauważenia specyficznych zachowań społecznych samych naskalników, które tworzą zhierarchizowane struktury rodzinne. Przystępująca oto do tarła para nic sobie nie robi z obecności dorastającego narybku, którego kolejne pokolenia pomagają teraz w odchowie świeżo wyklutych larw. Z powiększającej się dość szybko kolonii przeganiane są dopiero podrostki mierzące ok. 3 cm. Jest to wielkość graniczna, po osiągnięciu której młode ryby należy sukcesywnie odławiać. Niektóre większe samce są jednak nadal dopuszczane do gniazda, stanowiąc swoistą brygadę porządkową i straż przyboczną matki.

    Julidochromis transcriptus

    Jakkolwiek liczba jaj nie jest imponująca i oscyluje w granicach 20, to przy prawidłowym karmieniu (nicienie „mikro”, naupliusy solowca, oczliki, a dodatkowo także wolno opadający pokarm pyłowy) procent odchowania młodych jest więcej niż zadowalający, a przyrost masy ciała u maluchów – jak na tanganickie pielęgnice o otwartym wylęgu – znaczny i widoczny gołym okiem: zwłaszcza poprzez analogię z każdym kolejnym miotem. Młode – jeśli tylko w zbiorniku wystąpi deficyt pokarmu – podskubują też czasem glony porastające skały, co dorosłym osobnikom już się raczej nie zdarza.

    Wróćmy jednak do próby stworzenia przeze mnie akwarium tarliskowego o pojemności 54 l. W pełni się ona powiodła. Obyło się nawet bez „małżeńskiej kłótni”. Puryści ze „szkoły tanganickiej” skonstatują zapewne, że takie mieszkanie jest zbyt ciasne. Ja jednak uważam, mając za sobą autorytet Ada Koningsa, kilku innych znakomitych biologów, a także całej plejady doświadczonych hodowców, że typowe zachowania rozrodcze tego fascynującego gatunku można zaobserwować już w niewielkim, lecz odpowiednio urządzonym świecie podwodnym, określanym mianem „małej Tanganiki”. Warunkiem jest wszakże akwarium jednogatunkowe. Skądinąd nie jestem minimalistą: nie ośmieliłbym się trzymać małej kolonii rodzinnej w pojemniku długim na 40 cm – jak to zalecała literatura starszej daty.

    Ryby karmię w sposób urozmaicony. Podstawę diety stanowi mrożona artemia i oczliki, czasem podaję żywe rozwielitki, a sporadycznie pływające horyzontalnie larwy wodzienia i opadające na dno w wijących się kłębkach wazonkowce o barwie brudnego mleka. Dają one rybom skondensowany zastrzyk energii. Dietę uzupełniam przynajmniej 1-2 razy w tygodniu lekkostrawnymi, lecz dobrze zbilansowanymi płatkami przeznaczonymi dla mięsożerców z Tanganiki oraz innymi, z dużą zawartością kryla arktycznego. Tak odżywione (lecz nie przekarmione) ryby chętnie przystępują do tarła w regularnych odstępach czasu. Ikra składana jest w rozległej szczelinie pomiędzy płaską i poziomo ustawioną taflą łupka, a wyczyszczonym niemal do jednego ziarenka piasku szklanym dnem. Przyklejana od dołu do litej powierzchni skały, jest następnie strzeżona i wachlowana przez samicę, podczas gdy samiec, stacjonujący opodal, pilnuje terytorium o powierzchni ok. 40×30 cm. Kilkakrotnie w ciągu dnia wyrusza również na patrol, robiąc szczegółowy obchód całego zbiornika: przepycha mniejsze kamienie i przenosi poza rewir lęgowy naruszające przestrzeń graniczną „świderki”.

    Dzięki obecności wapieni woda w akwarium jest umiarkowanie zasadowa i utrzymuje się na stałym poziomie 7,7-7,9 jednostek pH. Podmian dokonuję nieznacznych, rzędu 10% realnej zawartości zbiornika, ale robię to dwa razy w tygodniu.

    Gdzieniegdzie spotkać można zalecenie, by w okresie bezpośrednio poprzedzającym tarło podnieść ciepłotę w zbiorniku: ja temperatury wody w czasie zwiastującym pojawianie się pokładełka – dość tępo zakończonego u ikrzycy, a ostrzej zwieńczonego u mleczaka – nigdy nie podwyższam. Taka stymulacja wydaje mi się nienaturalna: nie występuje przecież w jeziorze, gdzie ekstremalne wahania dobowe i sezonowe temperatury ograniczają się do 2°C. Tanganika jest akwenem izolowanym, podlegającym tylko w znikomym stopniu zmianom parametrów fizyko-chemicznych. Ostatecznie wskaźnik pokrętła grzałki z termostatem mam niezmiennie ustawiony na 26°C. Nie zaobserwowałem w związku z tym, by samo tarło – poprzedzone zwiększoną ruchliwością ryb, dotykaniem się pyskami, braniem pod boki oraz wspólnym wynoszeniem piasku z okolicy gniazda, a dalej synchronicznymi i rytmicznymi wibracjami ciała – miało zgoła nienaturalny przebieg.

    Niektórzy hodowcy z powodzeniem umieszczają w akwarium tarliskowym odwrócone doniczki. Z moich doświadczeń wynika, że larwy naskalników wykluwają się również w wydrążonej podstawie obszernych pąkli, co – trzeba przyznać – wygląda dość egzotycznie. Lepiej kiedy estetyka wnętrza zbiornika idzie jednak w parze z próbą maksymalnego odwzorowania środowiska naturalnego. Niewiele jest bowiem rzeczy piękniejszych na świecie niż widok kilkumilimetrowych naskalników ostrożnie wychylających się z załomów skalnych. Przylegają brzuszkami do stromizn, a potem jednym skokiem podpływają do pokarmu, czyniąc to nierzadko grzbietem do dołu. A w chwili najmniejszego zaniepokojenia momentalnie znikają w czeluściach grot. Początkowo mają duże główki i duże czarne oczy. Jednak stosunkowo szybko – sylwetką i plamisto-pasiastym rysunkiem na ciele oraz intensywnie niebieskim obrzeżeniem płetw – zaczynają przypominać swoich rodziców.