Symphysodon sp fot. Darek Firlej

    Tekst Michał Kik

    Paletka, dyskowiec – królowa Amazonii, marzenie hobbystów, ukoronowanie słodkowodnej przygody z akwarystyką. Marzyłem o nich już jako mały akwarysta, jednak 80–litrowe akwarium, jakim dysponowałem w naszym mieszkaniu w chorzowskim bloku z wielkiej płyty, nie dawało możliwości utrzymywania tych pięknych, dostojnych ryb. Choć razu pewnego zdarzyło się, że i w nim pojawiły się dwie sztuki tych pielęgnic. Kolega mojego taty prowadził hodowlę, a że dowiedział się od niego, o czym marzy jego syn, któregoś dnia tata przywiózł z pracy w słoiku dwa klejnociki, drobne paletki, niewiele większe od pięciozłotówki. Pamiętam tylko, że niedługo trwała ta pierwsza przygoda. Ponieważ wyposażenie akwarium stanowiła piaskowa grzałka i nie mieliśmy termoregulatora, rodzice wyłączali grzałkę, kiedy wychodziliśmy z domu i temperatura ulegała nadmiernym wahaniom. Prawdopodobnie to przyczyniło się do zejścia naszych rybek. Od tej drobnej przygody, która zakończyła się fatalnie, minęło wiele lat. Akwaria towarzyszyły mi zawsze, ale mieszkanie w akademiku, na stancji, czy wreszcie u teściów, którzy mieli wielki, ale kiepsko ogrzewany dom, nie dawało możliwości rozwinięcia „akwarystycznych skrzydeł”. I chociaż kupiłem „ogromne”, jak mi się wtedy wydawało, 180–litrowe akwarium, nie odważyłem się trzymać w nim delikatnych ryb. Wreszcie, gdy byłem w wieku trzydziestu lat, moja sytuacja materialna pozwoliła na zbudowanie małego domku, a właściwie pozwoliła na wzięcie nań kredytu w banku. I powróciło marzenie o paletkach w akwarium. Wiedziałem, że 180 litrów nie pozwoli na wielkie szaleństwa, ale dorosła para mogłaby sobie w takich warunkach w miarę komfortowo żyć. Jak wspomniałem, domek nie jest duży, bo ma wg projektu 65 metrów powierzchni użytkowej, więc na większy zbiornik nie było zgody reszty rodziny. Kiedy zacząłem urządzać to akwarium, od razu wiedziałem, że musi to być „Amazonka”. Wiedziałem też, że będzie problem z przygotowaniem parametrów wody, bo woda w Małopolsce na wapiennych skałach jest dość twarda i ma zasadowe pH. Zanim w akwarium pojawiły się więc ryby, eksperymentowałem z torfem i dodawałem do wody wyciąg z szyszek olchowych. Na szczęście olcha rośnie w dużych skupiskach w okolicznych lasach i na miedzach śródpolnych. Jakie to szczęście żyć w miejscu, gdzie dominuje rolnictwo ekstensywne, a nie wyniszczająca środowisko, drapieżna i nastawiona na zysk gospodarka rolna.

    Symphysodon sp fot. Darek Firlej
    Symphysodon sp fot. Darek Firlej

    W akwarium zastosowałem cienkie podłoże żwirowe, wstawiłem dwa duże korzenie, na których osadziłem anubiasy. Na dnie po pewnym czasie zaczęła się płożyć drobnolistna zwartka. Przyszedł czas na filtr – poprzedni był już dosyć stary i kłopotliwy w czyszczeniu. Służył prawie 10 lat. Nowy ma większą wydajność i możliwa jest dzięki temu tzw. nadfiltracja. Pod szafką pracuje więc sobie cichutko JBL Cristal Profi. Na przeciwległej ścianie akwarium znajduje się kostka napowietrzająca i niedawno kupiona grzałka o mocy 200 W – Fluval E 200 z wyświetlaczem LCD… Nie robi tylko kawy. Kiedy sobie pomyślę, że 20 lat temu jedyne wyposażenie akwarium stanowiła piaskowa grzałka i brzęczyk, który wibrował tak, że chodziło całe biurko, to jestem pełen podziwu dla możliwości umysłu Homo sapiens (choć jak włączę wiadomości w TV, szybko mi ten entuzjazm przechodzi). W ten sposób przygotowałem akwarium na przyjęcie nowych mieszkańców. Pojawiło się trochę okazów „amazońskiej drobnicy” – żałobniczki, zwinniki latarniki, kilka otosków, neony czerwone. Zamieszkały tu również dwa skalary. Kiedy zbiornik funkcjonował już na dobre, zacząłem grzebać po ogłoszeniach za czymś ciekawym. Okazało się, że w sąsiedniej miejscowości jakiś akwarysta chciał się pozbyć nadmiaru roślinek. Skontaktowałem się z nim i kiedy wszedłem do jego salonu, po prostu mnie zamurowało… W ogromnym akwarium pływało majestatycznie kilka paletek. Człowiek okazał się znawcą, choć po chwili rozmowy doszedłem do wniosku, że bardziej cieszy go to wszystko od strony chemicznej, no i kocha się w roślinkach akwariowych, a paletki wydawały się dodatkiem. W każdym razie – zachorowałem znów na paletki i tym razem choroba okazała się całkiem nieuleczalna. Już wcześniej, kiedy akwarium stało, myśl o tych rybach pojawiała się w mojej głowie, ale głos rozsądku zagłuszał ją skutecznie. Przecież to ryby drogie, chorowite, ten gość znał całą tablicę Mendelejewa, a ja jakoś za chemią nigdy nie przepadałem. Czy warto się aż tak poświęcać…?

    Symphysodon sp fot. Darek Firlej
    Symphysodon sp fot. Darek Firlej

    A jednak wciągnęło mnie i nie było już rady. Pojawienie się paletek w akwarium pozostało tylko kwestią czasu. Zacząłem studiować wszystkie swoje książki, a biblioteczkę mam dość pokaźną, przekopałem też wszystkie fora internetowe. Przekonany o tym, że teorię mam opanowaną, a parametry wody, dzięki szyszkom olchowym i filtrowaniu wody przez torf, są całkiem zadowalające, rozpocząłem poszukiwania ryb. Gdzie można kupić rybki akwariowe? A, no przecież w sklepie zoologicznym! Niestety po odwiedzeniu kilku doszedłem do przekonania, że sklep zoologiczny będzie ostatnim miejscem, gdzie nabędę swoje przyszłe królowe akwarium. Giełda? Hmmm, przecież tam zaopatrują się sklepy – odpada. Hodowca? O tak! Ten pomysł wydał mi się najwłaściwszy. Po przeszukaniu paru portali ogłoszeniowych znalazłem ciekawą ofertę w odległości jakichś 60 kilometrów od swojego domu. Zadzwoniłem, zasypałem człowieka gradem pytań i postanowiłem – jedziemy, kupujemy! I… popełniłem tego dnia wielki błąd, nie słuchając swojej żony (pewnie też znacie powiedzenie „a nie mówiłam?”), która stwierdziła, że szkoda się tłuc samochodem 60 kilometrów w takim upale. Oczywiście zbyłem ją machnięciem ręki i pojechałem z córką. Hodowla znajdowała się w bloku. Akwaria były rozsiane malowniczo po meblach w całym, niewielkim przecież, mieszkaniu. Istny raj – uznałem, kiedy właściciel oprowadzał nas po wszystkich pokojach. Paletki były ogromne i pomyślałem, że to moje 180 litrów to będzie nic na takie „rybki” wielkości dużego talerza. Dorosłe ryby trzymane były w akwariach, których stanowiły wyłączną ozdobę. Nie przypadła mi do gustu ta ascetyczna inscenizacja. Ani żwirku, ani roślinki, cztery ściany i ryby. Ale za to jakie ryby! Wielkie, pięknie wybarwione, majestatyczne. Młode rybki z kilku miotów znajdowały się w trzech akwariach w kuchni. Dostaliśmy z córką siatkę i przyrzeczenie – co złowicie, to wasze. Spodobał mi się ten pomysł samoobsługi, tym bardziej, że siatką do łowienia ryb władam całkiem nieźle i to już od dzieciństwa. Złowiłem sześć rybek, a siódmą dostaliśmy gratis. Paletki były nieco większe od pięciozłotówki. Kolorystykę miały bladopomarańczową. Hodowca zdradził nam, że sam robi karmę, składającą się z posiekanych serc indyczych z dodatkiem czosnku i różnych startych owoców. Dostaliśmy duży słoik, zakrętkę i pożegnawszy się, w doskonałych humorach wsiedliśmy do nagrzanego w słońcu samochodu. I tu zaczął się początek tragedii. Będąc na obwodnicy Krakowa, utknęliśmy w korku. Zaczynałem się już niepokoić o stan ryb, ale córka uspokoiła mnie, zaglądając na tylne siedzenie samochodu, gdzie umiejscowiony był słoik – ruszają się, żyją. Jechaliśmy więc dalej. Kiedy ominęliśmy korek i byliśmy jakieś 5 kilometrów przed domem, postanowiłem znów sprawdzić, jak się mają nasze podopieczne. Ku swojej rozpaczy stwierdziłem, że wszystkie paletki, oprócz jednej średniej sztuki, leżą na dnie słoika, niczym opadłe z drzewa jesienne liście. Byłem zrozpaczony, ale po chwili namysłu rzuciłem się do ratowania tej ostatniej ze stada. Wyłowiłem paluchami wszystkie denatki i z piskiem opon ruszyliśmy do domu. Tu włożyłem słoik do akwarium, a kostkę napowietrzającą do słoika. Byłem prawie pewien, że zejście tej ostatniej sztuki to kwestia paru chwil, może godzin. Tu nastąpiło słynne „a nie mówiłam”, które ani na chwilę nie poprawiło nam humoru. Zacząłem powoli dolewać, dosłownie po parę kropel, wodę z akwarium do słoika, aby rybka, osłabiona i tak już do granic możliwości, oswoiła się z nowymi parametrami. Taki to był dramatyczny początek mojej przygody z paletkami. Wyrzucałem sobie, że mogłem wziąć jakiś większy zbiornik na ryby, że można było pojechać wieczorem… Ale pozostało mi już tylko gdybanie. Tymczasem paletka, której udało się uniknąć losu współtowarzyszek podróży, pływała spłoszona po akwarium. Przyszło mi do głowy, że jako stadna musi się stresować przebywaniem w pojedynkę. Zaraz następnego dnia przeprosiłem się z lokalnymi sklepami zoologicznymi. W jednym z nich, do którego miałem największe zaufanie, znalazłem kilka paletek w niewielkim akwarium. Przyglądałem się im przez długi czas. W końcu wybrałem jedną, podobną wielkością do tej mojej, jedynej. Wyglądała na żywotną, dobrze odżywioną, nie kryła się przede mną, ale pływała spokojnie w toni akwarium, poszukując pokarmu. Pomyślałem „raz kozie śmierć” i poprosiłem sprzedawcę o wyłowienie właśnie tej rybki. Miała mocno pomarańczową barwę, a płetwy i czoło obwiedzione mocno czarnym nalotem. Dawało to ładny kontrast kolorystyczny. Pozostałe sztuki w akwarium były albo o wiele większe od mojej jedynej paletki, albo wydały mi się chudsze i mniej ruchliwe. Pełen obaw wróciłem do domu. Nie bacząc na kwarantannę, postanowiłem od razu połączyć dwie sztuki, uznając, że stres przebywania w pojedynkę jest dla nich groźniejszy niż ewentualne ryzyko zarażenia się chorobami. Wiem, że złamałem tym sposobem wszystkie możliwe zasady, ale cóż… Czasem nie wszystko da się zrobić podręcznikowo i trzeba podjąć ryzyko. Po paru godzinach ostrożnego dolewania wody z akwarium do pojemnika, w którym pływała nowa paletka, postanowiłem połączyć obie ryby. Z zadowoleniem stwierdziłem, że przypadły sobie do gustu i eksplorują teren akwarium razem.

    Symphysodon sp fot. Darek Firlej
    Symphysodon sp fot. Darek Firlej

    A więc stało się! Po tylu latach przymierzania się, jak przysłowiowy pies do jeża, mam paletki! Myślę, że to może być powodem do dumy dla każdego akwarysty. Przez kilka dni obserwowałem bacznie moje podopieczne i zauważyłem, że ta kupiona w sklepie ma dominujący charakter i potrafi „podszczypywać” paletkę z hodowli, a nawet dwa większe od siebie skalary. Uważam, że przesadzają Ci, którzy stanowczo twierdzą, że paletki powinno utrzymywać się w akwarium monogatunkowym. Przecież w naturze nie występują one „same”, a i odporność odmian hodowanych w warunkach akwariowych jest na pewno lepsza niż odmian dzikich. Poza tym czytałem, że w naturze tworzą one mieszane stada ze skalarami. Kiedy już nabrałem pewności siebie, a moje rybcie miały się dobrze i wyzbyłem się lęku o to, że zachorują na wszystkie możliwe choroby, o jakich czytałem w książkach i Internecie, żona zapytała, co chciałbym dostać na zbliżające się urodziny. Odpowiedziałem oczywiście – „Chcę paletkę! Są dwie, a docelowo chcę mieć cztery”. Żeby zachować pozory niespodzianki, żona w dniu moich urodzin, po pracy, udała się do sklepu zoologicznego i kupiła podobną pomarańczową paletkę. Dołączyła ona do stada i tym samym były już trzy. I tutaj dostałem pstryczka w nos i zimny prysznic. Paletka po paru dniach padła bez żadnych zewnętrznych objawów chorobowych. Wystraszony nie na żarty zacząłem z większą uwagą obserwować ryby i zauważyłem, że ich odchody są ciągnące i śluzowe. Hmm, pewnie pasożyty. Zakupiłem więc środek przeciwko nicieniom i innym pasożytom przewodu pokarmowego i przeprowadziłem moim rybom kurację leczniczą. Dała dobre efekty, bo ryby zaczęły z większą ochotą przyjmować pokarm, a odchody stały się właściwe zdrowym organizmom. Odetchnąłem z ulgą. Po dobrym miesiącu od tego zdarzenia zacząłem się zastanawiać nad zakupem nowej ryby. I tak jakoś dałem się zbałamucić w jednym ze sklepów (zawsze miałem problemy z asertywnością – w zasadzie ona u mnie nie występuje), że po chwili wyszedłem z niego z dużą (w porównaniu z moimi dwiema) paletką o błękitnych barwach. Przypominała mi te pierwsze paletki, które oglądałem w domu znajomego taty. Miała naprawdę olśniewający, dumny wygląd. Kupując ją, złamałem swoją zasadę, by włączać do stada ryby możliwie najmłodsze, które łatwiej zaadoptują się do nowych warunków w moim akwarium. Nowa paletka była płochliwa, bardzo długo trzymała się z dala zarówno od skalarów, jak i moich dwóch paletek, choć była od nich o połowę większa. Musiała być karmiona tylko pokarmami naturalnymi, gdyż nie chciała tknąć suchych. Czym karmię moje paletki? Staram się urozmaicać ich dietę, mieszając zarówno pokarmy granulowane i płatkowane różnych firm, jak i pokarmy mrożone, dostępne w sklepach zoologicznych. Czasem podaję im także mięso krewetek. Od czasu do czasu do tego mięsnego pokarmu dodaję zgnieciony czosnek. Najnowsza paletka długo nie mogła się przekonać do pokarmu suchego. Jednak obecnie nie ma już z tym problemów.

    Symphysodon sp fot. Darek Firlej
    Symphysodon sp fot. Darek Firlej

    Tym oto sposobem dorobiłem się „stadka” trzech paletek i dwóch skalarów. Stosunki między nimi są dobre, choć skalary są szybsze i bardziej odważne. Temperaturę wody utrzymuję na poziomie 28°C. To taki złoty środek między opiniami tych, którzy uważają, że powinno być 30 i więcej, a tych, którzy twierdzą, że wystarczy zimny wychów i 25–26°C. Staram się walczyć o to, aby wartość pH nie przekraczała poziomu 7,0. Twardość wynosi około 2,5 KH. Po lekturze artykułów w zeszłorocznym Magazynie Akwarium doszedłem do wniosku, że moje – jak mi się wydawało – akwarium biotopowe wcale nim nie jest! Może jeśli chodzi o dobór gatunków ryb, to i owszem. Kiedy jednak zobaczyłem fotografie ilustrujące środowiska czarnych wód, te piękne, herbaciane, mroczne nieco klimaty; rzucające poprzez plątaninę korzeni i gałęzi refleksy przytłumionego światła, zrozumiałem, że moje akwarium ma się do tego po prostu nijak. To tak, jakby ktoś, chcąc odtworzyć piękno świerkowego lasu, naustawiał choinek bożonarodzeniowych w pełnym uzbrojeniu bombek i migotliwych łańcuchów. Silne światło dwóch świetlówek o mocy 30 W każda, mnóstwo pochodzących z różnych kontynentów roślin, zaledwie dwa korzenie… Wszystko to robiło, owszem, wrażenie na przychodzących gościach – we mnie jednak powstało odczucie, że to wszystko jest kiczowate, a paletki i skalary po prostu nie występują w takich warunkach. Zamarzyłem, by zmienić ten stan rzeczy, jednak przez długi czas nie miałem pomysłu (i chyba odwagi) na zrobienie w tym „pięknym” zbiorniku rewolucji. Do działań zainspirował mnie przypadek (gdyby ten „przypadek” potrafił czytać, pewnie by się teraz obraził), a mianowicie kotka córki, Stella. Jak każdy kot lubiący się wylegiwać w cieple, szybko zauważyła, że plastikowa pokrywa akwarium przy włączonych świetlówkach mocno się nagrzewa, tworząc tym samym wygodne i cieplutkie łóżeczko. Nie było problemu, dopóki Stella była niewielka. Jednak kiedy skończyła 1,5 roku, zrobiło się z niej całkiem spore kocisko i ze zgrozą odkryłem, że, pod wpływem jej skoków na akwarium z poziomu podłogi, pokrywa pękła, a wilgoć zaczęła penetrować instalację oświetleniową. Pokrywa też już nie nowa, bo stuknęło jej 10 lat. Cóż było robić? Zgasiłem światło i zacząłem rozmyślać nad zbudowaniem nowej, solidnej pokrywy, która utrzymałaby słusznych rozmiarów kota. I tak – od pomysłu do realizacji – powstała pokrywa z płyty meblowej, osłonięta od wewnątrz samoprzylepną białą folią. Jeszcze tylko listwa ze światełkami LED (żona ucieszyła się, kiedy jej wyłuszczyłem z przejęciem, że poprzednio licznik prądu bił na 60 W przez 12 godzin, a teraz będzie tylko na 3!) i można było przystąpić do tego, co kocham w naszym hobby najbardziej – aranżacja wnętrza akwarium. Czuję się przy tym zawsze prawie jak Bóg Stwórca! Przyniosłem mnóstwo różnej wielkości gałązek wierzby, która w ciągu trzech lat wybujała do monstrualnych rozmiarów w naszym ogrodzie, wypłukałem przy tej okazji cały żwir, i zacząłem się zastanawiać nad roślinami. Niby nie powinno ich być. A jednak trochę szkoda. Może na początek tak pół na pół, krakowskim targiem…? Targany wątpliwościami postanowiłem na razie zostawić dwa pięknie rozrośnięte anubiasy (no wiem, zgrzyt, gdzie tu Amazonka do Afryki…), które oplatały swoimi korzonkami dwa duże korzenie. Wszystkie pozostałe rośliny usunąłem. Do pokrywy, a ściślej do jej wewnętrznej strony przymocowałem dwie najbardziej rozgałęzione i poskręcane gałęzie (to chyba mój patent!). Kiedy założyłem ją na akwarium, gałęzie zanurzyły się w wodzie. Dało to niesamowite wrażenie „zwisania” ich do wody. Przytłumione światło po włączeniu filtra dało efekt refleksów świetlnych na dnie zbiornika. No bajka! Tego właśnie chciałem! Woda dzięki wywarowi z szyszek bukowych ma ciemnawe zabarwienie. Początkowo ryby były zszokowane zmianą wystroju, dopiero po paru godzinach zaczęły odkrywać nowy teren. Dopiero teraz można było zobaczyć, dlaczego paletki i skalary mają tak charakterystyczną, spłaszczoną budowę ciała. Ryby prześlizgują się w plątaninie zwisających do wody gałęzi i ma się wrażenie, że właśnie do tego stworzyła je natura.

    Symphysodon sp fot. Darek Firlej
    Symphysodon sp fot. Darek Firlej

    Na zakończenie moich wywodów mogę stwierdzić, że siadam wielce kontent przed akwarium w nowej odsłonie. Wiem, że już jestem bliższy wymarzonego ideału. Nie ma większej radości niż kreowanie tego trójwymiarowego obrazu, którego celem jest nie tylko wywołać w widzach najwyższe wrażenia estetyczne, ale i stanowić wygodny dom dla zamieszkujących go ryb. Co dalej? Najlepszym potwierdzeniem, że mieszkańcom akwarium odpowiadają panujące w nim warunki, jest doprowadzenie do ich rozrodu. To będzie dopiero radość i spełnienie. Kto wie… Może się doczekam?