Palmiarnia w Gliwicach

    Tekst i fot. Michał Kik

    Wycieczka rodzinna

    Ostatnia zima nie była szczególnie dokuczliwa, a jednak, jak to zimą, pojawiło się parę takich ponurych dni, kiedy każdy akwarysta bardziej niż zwykle przykleja nos do szyby swojego szkiełka, by zatopić się myślami w tym tropikalnym wycinku przyrody, który ma w swoim domu. Tak też i było w ciągu paru dni przypadających na okres zimowych ferii. Szaro, buro i ponuro – nic, tylko poddać się nastrojowi melancholii, oderwać się od rzeczywistości. I kiedy już bliski byłem „odlotu” na najdalszy, trzeci, a może i czwarty krąg wyobraźni, ze snu wyrwały mnie głosy dzieci:

    – „Tato! Jedźmy gdzieś! Przecież są ferie!”

    Jak tu jednak wymyślić coś sensownego, kiedy za oknem plusowe temperatury, śniegu jak na lekarstwo i tylko mroźny wiatr przypomina, że mamy luty? Hmm, gdzie znaleźć takie miejsce, w którym można by zapomnieć na chwilę o swoim położeniu geograficznym i dać odpór zimowej szarudze?

    – „Dobra, ubierajcie się! Pojedziemy do wujka Darka do Bytomia i wpadniemy z nim do Gliwic – do palmiarni”

    Palmiarnia w Gliwicach już dawno chodziła mi po głowie, a już szczególnie zależało mi na obejrzeniu z bliska ogromnych nowych akwariów. Droga z Bochni na Śląsk obfitowała we wszelkie możliwe zjawiska pogodowe i podczas gdy dzieciaki i żona zajęte były rozmowami i czytaniem bajek, ja zastanawiałem się z przerażeniem, jadąc po A4 nie szybciej niż 80 km/h, co jeszcze, u jasnego licha, za chwilę spadnie z nieba? No bo mgłę, śnieg, deszcz i grad mieliśmy już za sobą. Szczęśliwie ze wszystkich niespodzianek aury, na rogatkach Katowic pozostał z nami jedynie rzęsisty deszcz. Dojechaliśmy do brata, do Bytomia, który wcielił się w rolę pilota naszej rodzinnej wycieczki. Jak się okazało, w samych Gliwicach jego wsparcie było wprost nieocenione. Miasto przypominało ogromny plac budowy. Zaparkowaliśmy w jakiejś bocznej uliczce, która jednym z końców styka się z Parkiem Chopina. W jego centrum majaczyły z daleka imponujące, szklane budynki palmiarni. Pozostał nam krótki spacerek przez uśpiony zimową porą park i już po chwili stanęliśmy przed wejściem do palmiarni, którego strzegły dumnie dwa lwy. We mnie tymczasem kotłowało się już to najpiękniejsze ze wszystkich uczucie, właściwe zapewne podróżnikom – mieszanina ciekawości, zaintrygowania, nadziei na odnalezienie inspiracji i nacieszenie oczu niezwykłymi widokami. W kasie zapłaciliśmy za bilety wstępu (dorośli 7 zł, dzieci 5 zł, bilet rodzinny 10 zł, plus opłata za możliwość filmowania i fotografowania 5 zł).

    Na „dzień dobry” przy schodach zejściowych do szatni przywitał nas zaspany pod promiennikiem ciepła waran. Pomyślałem, że fajnie się zaczyna i nie tylko rośliny czy akwaria nas przyjemnie zaskoczą. Rozpoczęliśmy zwiedzanie. Duże i wysokie hale, pełne wszelkiego rodzaju roślinności, zrobiły na nas ogromne wrażenie. Z tabliczek wynikało, że najstarsze i największe okazy przekraczały wiekiem jedno stulecie. Człowiek z zapartym tchem zadzierał wysoko głowę, starając się jakoś ogarnąć tę masę zieleni. Pięknie! Ciepełko i wszechogarniająca zieleń pozwalały całkowicie zapomnieć i nieciekawej aurze za szybami oddzielającymi nas od szarego świata na zewnątrz. Do naszych uszu docierały przyjemne i kojące trele kanarków oraz przekrzykiwania papużek falistych. Dźwięki te nieodmiennie kojarzą mi się z okresem mojej pracy w jednym z krakowskich sklepów zoologicznych. To były czasy!

    Tymczasem przechodzimy z sali do sali, zaskakiwani kolejnymi obrazami i widokami. Jako miłośnik zwierząt nie potrafiłem zapewne docenić kunsztu ogrodników Gliwickiej Palmiarni, i, z infantylną naiwnością, bez zagłębiania się w warstwę naukową, bez dogłębnej analizy prezentowanych okazów, po prostu razem z rodziną chłonąłem piękno zieleni.

    Cieszyły mnie natomiast niezmiernie zgrabnie wkomponowane tu i tam terraria z popularnymi gatunkami gadów. Znalazło się miejsce dla kultowych wręcz gekonów lamparcich (Eublepharis macularius), węży – lancetogłowów mlecznych (Lampropeltis triangulum ssp.), węży zbożowych (Pantherophis guttata) oraz – ku uciesze dzieci – dużego legwana zielonego (Iguana iguana), który z ciekawością przyglądał nam się przez szybę.

    Jak później wyczytaliśmy w przewodniku po palmiarni, jest on swego rodzaju maskotką tego obiektu. Z każdymi otwieranymi drzwiami rosła moja niecierpliwość i oczekiwanie tego najważniejszego powodu, dla którego tutaj się znaleźliśmy. I wreszcie jest! Drzwi do sali akwariów! Przed wejściem informacja i fotografie dokumentujące budowę tych potężnych zbiorników. Dowiadujemy się więc, że największe z nich, odtwarzające środowisko południowoamerykańskiej Amazonki, mają pojemność 57 tysięcy litrów! Grubość akrylowej „szyby” to 10 cm, wysokość słupa wody 2,4 metra, a długość zbiornika to ponad 10 metrów! Te dane jeszcze przed wejściem do środka robią wrażenie.

    Otwieramy więc drzwi i oczom naszym ukazuje się półokrągła sala, tajemniczy półmrok… i to, co najważniejsze – ogromne akwaria w każdej ze ścian. Dzieciaki wbiegają oszołomione widokiem na środek sali i same przez chwilę nie wiedzą, gdzie podbiec najpierw. Wybierają wreszcie największy ze zbiorników – „Amazonkę” – i już po chwili syn na widok przepływającej tuż nad jego głową sporej, ale przecież jeszcze młodej, arapaimy (Arapaima gigas), rozkłada szeroko ręce w geście wędkarza, chwalącego się kolegom największym życiowym połowem, i zakrzykuje: „ale jyybbbaaaa!!!!”.

    Mnie najbardziej przypadła do gustu „Tanganika”, więc z nosem przyklejonym do szyby staram się uchwycić jak najwięcej. Ile tu cudowności! Kiedy zaczynam przyglądać się szczegółom, moją uwagę przykuwa rodzinka księżniczek z Burundi (Neolamprologus brichardi). Maleńkie rybki kryją się w dołkach między kamieniami, a dorosłe ryby patrolują teren wokół nich. Oświetlenie jest tak silne, że człowiek ulega złudzeniu, jakoby akwarium wystawione było na działanie promieni afrykańskiego słońca. Dzięki sile światła udają się piękne zdjęcia bez użycia lampy błyskowej, której z wiadomych względów używać tutaj nie wolno. Siadam sobie na chwilę na specjalnie przygotowanych, wygodnych ni to sofach, ni kanapach, które stoją w centrum sali. O, tak! To mi się właśnie marzyło i tegom się dokładnie spodziewał. Jeśli tylko dożyję emerytury, chciałbym móc ją spędzać w takim właśnie miejscu. Dzieciaki tymczasem z szybkością odrzutowców śmigają od jednego do drugiego zbiornika i co chwila rozlegają się dźwięki zachwytu i zaskoczenia. Kiedy już opadły pierwsze emocje i nacieszyłem oczy „Tanganiką”, zacząłem przyglądać się kolekcji brzanek w akwarium „azjatyckim”, później przychodzi pora na akwarium „polskie”. To wspaniała okazja, aby przyjrzeć się naszym rodzimym gatunkom nie na haczyku i nie na talerzu, ale pływającym w toni wodnej. Następnie czytamy wszystko, co pokazuje się na ekranach monitorów zawieszonych przy każdym zbiorniku.

    Przejdźmy więc do opisu tego, co można zobaczyć w każdym ze zbiorników. W największym z nich, oprócz ślicznych, połyskujących odcieniami pomarańczy i czerwieni w okolicy ogonowej arapaim (Arapaima gigas), oglądaliśmy aż 4 gatunki płaszczek: perłową (Potamotrygon sp. „Pearl”), „Leopolda” (Potamotrygon leopoldi0

    plamistą (Potamotrygon motoro) i Potamotrygon henlei. Blisko dna trzymały się także ziemiojady (Geophagus proximus). Do przyszłych kolosów tego zbiornika należą arowany srebrne (Osteoglossum bicirrhosum) oraz sumy czerwonoogonowe (Phractocephalus hemioliopterus), które, o zgrozo, można spotkać w niektórych sklepach zoologicznych. Wielkość akwarium, w jakim były prezentowane, niech uświadomi chętnym do posiadania tej ryby, do jakich rozmiarów potrafi ona wyrosnąć. W tym akwarium oglądaliśmy także dwa gatunki piranii – popularną w akwariach publicznych piranię paku (Colossoma macropomum) oraz bardzo ładne piranie Myleus schomburgkii (oba gatunki roślinożerne). W akwarium, które zdaje się pochłaniać obserwatora, a to za sprawą akrylu, który przechodzi w górnej części w półokrągłe sklepienie (już prawie jakbyśmy byli w tunelu ze szkła), zobaczyć możemy także grupę pięknie wybarwionych pielęgnic Cichla monoculus oraz Crenicichla monoculus i Crenicichla marmorata. W tym zestawie gatunków zabrakło mi moich ukochanych pielęgnic pawiookich (Astronotus ocellatus), ale może kiedyś się tu pojawią…?

    Dla kontrastu przejdźmy teraz do zbiornika zimnowodnego, prezentującego ryby i zwierzęta naszych polskich rzek. To w tym zbiorniku, o pojemności 10 900 litrów, grubości akrylu 6 cm, wysokości słupa wody 1,10 metra i długości 7,37 metra, prezentują się pstrągi: potokowy (Salmo trutta)

    i źródlany (Salvelinus fontinalis). Są też karasie srebrzyste (Carassius carassius), miętusy (Lota lota), jazgarze (Gymnocephalus cernua), lipień (Thymallus thymallus) i okonie europejskie (Perca fluviatilis). Jednym słowem – raj nie tylko dla akwarystów, ale i wędkarzy. Nasze rodzime gatunki ryb nie ustępują urodą gatunkom egzotycznym z rzek reszty świata!

    W najpiękniejszym dla mnie zbiorniku „Tanganika”, gdzie jasne światło oświetla białe skały i piaskowe podłoże, niczym najpiękniejsze klejnociki mieniły się wielobarwne pielęgnice. Możemy tu zobaczyć ich arcyciekawe zachowania. Są więc wspomniane wcześniej księżniczki z Burundi (Neolamprologus brichardi), szczelinowce Leleupa (Neolamprologus leleupi), szczelinowce cylindryczne (Neolamprologus cylindricus), pyszczaki hełmiaste (Cyphotilapia giberosa), naskalniki Reagana (Julidochromis regani) oraz Marliera (Julidochormis marlieri), dwa gatunki szczelinowców (Altolamprologus calvus, A. compressiceps), wreszcie Petrochromis trewavasae, Tropheus sp. „Bemba” i Cyprichormis sp. „Leptosoma jumbo”. Zbiornik ma pojemność 12 100 litrów, długość 5,9 metra, wysokość słupa wody 1,10 m i grubość akrylu 6 cm.

    Pozostał nam zbiornik z rybkami południowo–wschodniej Azji. W bujnej, soczystej zieleni, która stanowi piękne tło dla rozgrywającego się tu przedstawienia

    aktorami są brzanki kilku gatunków: Denisona (Puntius denisoni), sumatrzańska (P. sumatranus), różowa (P. conchonius), rekinia (Balantiocheilos melanopterus), strzelczyki indyjskie (Toxotes jaculatrix)

    kosiarki (Crossocheilus oblongus), sumy rekinie (Pangasionodon hypophthalmus), grubowarg dwubarwny (Epalzeorhynchos bicolor), którego czarno–czerwone ubarwienie doskonale prezentuje się w tym zbiorniku pełnym zieleni, wreszcie trzy gatunki bocji (Botia kubotai, B. lohachata i Chromobotia macracanthus). Na koniec niewidoczny wśród gęstej roślinności, ale opisany na tablicy zabawny długonos ciernisty (Macrognathus aculeatus). Można by rzec – zestaw standardowy i żadnej ekstrawagancji, ale w jakże pysznej aranżacji! Można na nowo odkryć w tym akwarium piękno dobrze znanych nam akwarystom ryb. Tym bardziej, że raczej rzadko się zdarza oglądać je w zbiorniku o pojemności 11 000 litrów, długości 6,37 metra, wysokości słupa wody 1,10 metra, przez akrylową szybę o grubości 6 cm.

    Mógłbym tutaj siedzieć godzinami i przyglądać się poszczególnym gatunkom, ich interakcjom z innymi, zachowaniom stadnym, rodzinnym, godowym… Musiałem jednak wziąć poprawkę na cierpliwość dzieciaków, kończącą się równie szybko jak grad, który spotkał nas w drodze do tego zaczarowanego miejsca, na A4. Wychodzimy więc z sali akwariów i wspinamy się po schodach, aby drugą część wycieczki po palmiarni odbyć po podestach, dających możliwość obserwowania zieleni z innej perspektywy. Żegnają nas krzykliwe konury nandaje (Nandayus nenday), jedne z moich ulubionych papug (w domu nie dałoby się z nimi wytrzymać dłużej niż kwadrans). Po drodze napotykamy na ciekawą rozrywkę, a mianowicie swego rodzaju puzzle z obrazami z palmiarni, przy układaniu których można spędzić trochę czasu i pogimnastykować mózgownicę. Dzieciaki jednak, jak już wspomniałem, wyczerpały swoje pokłady cierpliwości i poganiają nas dalej. Dla nich największa atrakcja pojawia się na końcu wycieczki. Za ostatnimi drzwiami wyrasta przed nami sklepik z pamiątkami. I tak – już po chwili wychodzimy z Gliwickiej Palmiarni z wściekle fioletowym dinozaurem–stegozaurem (stegozaur jest na topie, bo Bob Budowniczy znalazł jego kości na polu Pana Ogórka – kto nie ma małych dzieci i tak tego nie pojmie) i równie uroczym błękitno–żółtym jaszczurem, wyglądającym wg mojej analizy zoologicznej na skrzyżowanie legwana z gekonem, a być może nawet pradawnym ankylozaurem. Tak zakończyła się ta krótka, ale obfitująca we wrażenia wycieczka. Poczułem, że doładowałem akumulatory, a w mojej głowie zaczęło kiełkować marzenie o akwarium „azjatyckim”… Polecam więc wszystkim Palmiarnię Gliwicką i jej piękne akwaria! Naprawdę warto!