Krajobraz stworzony przez „ptasie patelnie” – Ogród Botaniczny Uniwersytetu Sztokholmskiego (Bergianska trädgården) (fot. Maciej Lendor von Wattermark)

    Tekst: Paweł Czapczyk

    W rodzaju Victoria, należącym do znanej również w Polsce rodziny grzybieniowatych (Nymphaeaceae), sklasyfikowano zaledwie dwa gatunki bylin. I nic nie wskazuje na to, by ich liczba miała się kiedykolwiek powiększyć. Oto one: wiktoria królewska (Victoria amazonica), synonimicznie zwana wiktorią amazońską, oraz wiktoria parańska (Victoria cruziana). Pierwsza zasiedla żyzne zatoki w dorzeczu Amazonii (Brazylia, Gujana, Kolumbia i Peru) i jest uznawana za największą lilię wodną świata. W drugiej – spotykanej w chłodniejszych wodach Argentyny i Paragwaju – widzi się nieco skromniejszą i zieleńszą kuzynkę tej pierwszej (której z kolei dojrzałe pędy zachowują lekko kasztanowaty odcień). Oba gatunki wykształcają imponujące liście pływające, a ich niesamowite kwiatostany otwierają się jedynie na dwie noce w ciągu roku. Obydwa taksony poddaje się też od wielu lat krzyżówkom, co przynosi w efekcie odmiany odporniejsze i lepiej znoszące klimat strefy umiarkowanej1.

    Victoria cruziana – Palmiarnia Poznańska, sierpień 2012 (fot. Paweł Czapczyk)
    Victoria cruziana – Palmiarnia Poznańska, sierpień 2012 (fot. Paweł Czapczyk)

    W imię królowej

    Kiedy w 1801 roku niemiecki badacz i podróżnik Thaddäus Haenke spostrzegł gigantyczne i koliste liście porastające cieki wodne Boliwii, wiedział już, że jest odkrywcą nowej, nieznanej dotąd w Europie rośliny. Zmarł jednak wkrótce potem i nie zdążył opisać swojego znaleziska. Pierwsze przyporządkowanie gatunku, dokonane w 1836 roku, było mylne – nie do końca wiedziano, co począć i roślinę zafiksowano w znanym z Indii rodzaju Euryale. Ale już dwa lata później angielski botanik John Lindley wziął sprawy w swoje ręce i specjalnie dla taksonu stworzył nowy rodzaj: Victoria. Na zawsze uwieczniono w ten sposób imię brytyjskiej monarchini. Sama zaś Victoria regia, jak wówczas roślinę nazywano2, wydawała się majestatyczna, trwała, elitarna i niedostępna, czyli taka jak korona brytyjska.

    Kolejnym krokiem na drodze do „udomowienia” była adaptacja rośliny w zbiorniku Royal Kew Gardens. Po wielokrotnych próbach wreszcie w 1849 roku (wg niektórych źródeł nastąpiło to dwa lata wcześniej) udało się szczęśliwie wykiełkować pierwsze wiktorie z nasion dostarczonych z Ameryki Południowej. Zachwytom nie było końca – roślina zyskała sobie tak wielką popularność, że dwa lata później specjalnie dla niej wybudowano osobną szklarnię z basenem. Niedługo potem hrabstwa Albionu zaczęły obiegać sensacyjne rysunki i litografie, a później monochromatyczne fotografie, przedstawiające damy w sukniach i dżentelmenów w melonikach, stojących na liściach wiktorii w pozycji wyprostowanej. Prawda to czy mistyfikacja? – zachodzono w głowę i pytano jak świat długi i szeroki. Odpowiedzi nie były (nie mogły być) jednoznaczne. Przyjmuje się przecież, że najdorodniejsze z pływających liści wiktorii królewskiej – ale wyłącznie u bylin rozwijających się w amazońskim klimacie – mierzą 400 cm i potrafią udźwignąć ciężar dochodzący do 75 kg. Korzystają z tego zwierzęta (na przykład duże ptaki, które, przelatując, zatrzymują się, by odpocząć). Z kolei doświadczeni globtroterzy i tropiciele z dżungli mogliby użyć owych wypornych liści jako swoistego mostu pontonowego. Jednak w warunkach uprawy szklarniowej nie jest to możliwe – liście z trudem osiągają pod dachem rozpiętość 2 metrów (największa zmierzona średnica liścia w Palmiarni Poznańskiej wynosiła 220 cm). W tej sytuacji masa małego dziecka, kota czy psa (rzędu, powiedzmy, 20 kg) wydaje się maksymalnym obciążeniem, wartością graniczną, po przekroczeniu której stosunkowo delikatna blaszka liściowa wiktorii mogłaby ulec rozerwaniu i ostatecznemu zalaniu wodą.

    Zarówno świeże, jak i przekwitnięte pąki kwiatowe chowają się rano pod wodą – Palmiarnia Poznańska, sierpień 2012 (fot. Paweł Czapczyk)
    Zarówno świeże, jak i przekwitnięte pąki kwiatowe chowają się rano pod wodą – Palmiarnia Poznańska, sierpień 2012 (fot. Paweł Czapczyk)

    Cud natury

    Ogromne talerzowate liście, unoszące się tuż nad taflą wody, wzbudzają zachwyt botaników, ogrodników i akwarystów. Kolistym pokrojem i wywiniętym do góry brzegiem przypominają olbrzymie patelnie – nic dziwnego, że miejscowi Indianie nazywają roślinę po prostu „talerzami wodnymi” lub „ptasimi patelniami”. Od góry liście wydają się zresztą całkowicie gładkie, zielone i lśniące. Mają jednak na powierzchni sieć drobnych otworków, prowadzących do kanalików, poprzez które odprowadzane są wody opadowe. Całkowite zalanie uniemożliwiają też naprzeciwległe, podwójne wcięcia w każdym podniesionym rancie (w przypadku V. cruziana brzeg wywinięty jest nieco wyżej niż u V. amazonica). Z kolei spodnia strona liści, czerwonawa u wiktorii królewskiej, a jasnozielona u jej krewniaczki, może być uznana za cud naturalnej architektury czy wyrafinowanej inżynierii biologicznej. Wysoka na 6 cm tkanka tworzy tu bowiem sztywną sieć misternych połączeń – rodzaj symetrycznej kratownicy, która wzmacnia relatywnie cienki liść, chroniąc go przed złamaniem. W końcu nic dziwnego, że ażurowa podbudowa, wspierająca niczym szkielet zewnętrzny blaszkę liściową, posłużyła za wzór projektantom Crystal Palace. Co jednak najważniejsze – cała tkanka, tworząca ową spodnią konstrukcję nośną, jest wypełniona powietrzem. W konsekwencji system liści pływających obu przedstawicielek rodzaju Victoria cechuje taka wyporność, o jakiej marzyć tylko mogą wszelcy rozbitkowie na morzach i oceanach. Trzeba także pamiętać, że od dołu i z boku dostępu do tkanek liścia bronią przed roślinożernymi agresorami liczne kolce i ciernie; aczkolwiek inwazyjne gatunki w rodzaju żółwia ozdobnego doskonale sobie z taką przeszkodą radzą i łatwo wgryzają się w miękisz.

    Górna strona liścia – Ogród Botaniczny Uniwersytetu Sztokholmskiego (Bergianska trädgården) (fot. Maciej Lendor von Wattermark)
    Górna strona liścia – Ogród Botaniczny Uniwersytetu Sztokholmskiego (Bergianska trädgården) (fot. Maciej Lendor von Wattermark)

    Tajemnica kwiatu

    Zarówno wiktoria królewska, jak i wiktoria parańska kwitnie jedynie nocą, otwierając pąki kwiatowe wieczorową porą i zamykając je nad ranem. Sam proces kwitnienia ma zdumiewający i niepowtarzalny przebieg. Otóż podczas pierwszej nocy pąki na szypułkach wynurzają się z wody, rozchylając płatki, po czym kielich się zamyka (w szklarniach ma to miejsce – w zależności od pochmurności nieba – zwykle między 6 a 8 rano). I na cały dzień znów znika pod wodą. Następnego wieczoru cały cykl się powtarza. Kwiaty charakterystyczne dla pierwszej nocy są duże – w przypadku V. amazonica dochodzą w naturze do 40 cm średnicy (w oranżeriach miewają 34-35 cm). Jawią się jako śnieżno- lub kremowo-białe. Natomiast te rozkwitające w noc następną (i dla siebie ostatnią) prezentują się już inaczej. Wiktoria parańska ma kwiatostany jakby delikatniejsze, różowawe, podczas gdy jej rosnąca bliżej równika kuzynka kwitnie wyraziściej, zbliżając się barwą swych obfitych kwiatostanów do czerwonoliliowego waloru rubinu, a nawet kasztanu (efekt ten daje się zaobserwować zwłaszcza po zapyleniu). Zresztą subtelności odcienia zależą tak od stanowiska (warunków atmosferycznych), jak i od indywidualnych predylekcji konkretnego osobnika. W krótkim, lecz burzliwym okresie kwitnienia we wnętrzu kwiatu panuje temperatura wyższa o kilka stopni Celsjusza niż w otoczeniu. Wespół z dobywającą się stamtąd wonią skutecznie wabi ona chrząszcze i inne owady. Zamykane we wnętrzu kwiatu nad ranem owady przetrzymywane są w tej swoistej „złotej klatce” pod wodą przez pół doby. Karmione w tym czasie i obficie kąpane w pyłku, wypuszczane są o zmroku dnia następnego z wyraźną misją dalszego zapylania. Kierują się – na zasadzie kontrastu – do kwiatów jaśniejszych, czyli dopiero co rozkwitłych. Zapylony kwiat wkrótce potem przekwita i jako obumierający pąk znika pod wodą. Rychło przekształca się w jagodopodobny owoc. Z powstałych nasion wyrastają na wiosnę młode rośliny. W warunkach szklarniowych stosuje się z reguły sztuczne zapylenie. Jednak w niektórych ośrodkach badawczych i dydaktycznych – np. w oranżerii Ogrodu Botanicznego UJ w Krakowie – dzieła zapylenia dokonują specjalnie sprowadzane na inną okazję trzmiele. Tak czy inaczej, wysiew nasion w kolejnym okresie wegetacyjnym jest zwykłą praktyką tego typu placówek (wiktorie uprawiane są z reguły jako rośliny jednoroczne). Jedynym miejscem w Polsce – i jednym z nielicznych w Europie, w którym wiktoria rozwija się nieprzerwanie od lat jako bylina – jest szklarnia Ogrodu Botanicznego UAM w Poznaniu. Aby proces ten nie uległ zakłóceniu, wymagane jest nie tylko utrzymywanie temperatury na stałym, wysokim poziomie dochodzącym do 30°C, ale i codzienne ofiarowywanie roślinie sążnistej dawki światła.

    Dolna strona liścia – Ogród Botaniczny Uniwersytetu Sztokholmskiego (Bergianska trädgården) (fot. Maciej Lendor von Wattermark)
    Dolna strona liścia – Ogród Botaniczny Uniwersytetu Sztokholmskiego (Bergianska trädgården) (fot. Maciej Lendor von Wattermark)

    Uprawa w ogrzewanym basenie, w akwarium i w oczku wodnym

    Warunkiem sine qua non udanej uprawy jest, po pierwsze, rozległy basen. Jeśli mamy do dyspozycji takowy w szklarni – doskonale: jesteśmy oto na najlepszej drodze do uzyskania wspaniałego okazu. Bardzo możliwe, że ucieszymy się wówczas nie tylko widokiem kiełkującej rośliny i pierwszych liści podwodnych, ale zachłyśniemy się potem słynnymi „ptasimi patelniami”, owymi gigantycznymi liśćmi pływającymi (oczywistą dumą każdego hodowcy), by na końcu stać się świadkami jednej z najbardziej przejmujących chwil w życiu królestwa roślin – wynurzającej się z wody o zmierzchu, jak peryskop, szypułki uwieńczonej pierwszym kwiatowym pąkiem…

    Jeżeli natomiast mamy dostęp jedynie do przydomowego oczka wodnego, które jest dobrze eksponowane latem na promienie słoneczne – to w najcieplejszą porę roku gra jest zapewne warta świeczki. Pewien mój znajomy wysadzał wiktorie do stosunkowo ciepłego ogrodowego oczka wodnego (południe Polski). Rośliny nadzwyczaj dobrze się u niego miały – pod warstwę podłoża wsuwał „krowie placki”. Jednak początkowo, w deszczowym okresie wiosenno-letnim, przykrywał rośliny płachtami folii, co było nie tylko uciążliwe, ale i kłóciło się z poczuciem estetyki. Było to wszakże konieczne. Wiktoria bowiem, podobnie jak inne rośliny pływające, źle toleruje spadające na jej powierzchnię krople wody. Z drugiej strony – nie znosi również radykalnych zmian wilgotności otoczenia. Najlepszym rozwiązaniem pozostaje więc ciepły basen w szklarni.

    Kwiat drugiej nocy – mieszaniec V. amazonica i V. cruziana (fot. Maciej Lendor von Wattermark)
    Kwiat drugiej nocy – mieszaniec V. amazonica i V. cruziana (fot. Maciej Lendor von Wattermark)

    Jeśli jednak chcemy cieszyć się widokiem kiełkującej rośliny w domowym akwarium, winniśmy specjalnie dla niej przeznaczyć osobny, rozległy zbiornik. Ze zrozumiałych względów musi to być basen odkryty albo tylko częściowo zabudowany. Może on pełnić funkcję paludarium. Oczywiście za towarzystwo wiktoria może mieć zarówno inne rośliny pływające w rodzaju rzęsy, piscji, limnobium rozłogowego czy hiacynta wodnego (poprzez kontrast dostrzeżemy wtedy ogrom królewskiej lilii), jak i mało inwazyjne zwierzęta. Ślimaki pokroju ampularii czy najrozmaitsze ryby żyworodne są szczególnie polecane (akurat produkty przemiany materii żyworódek dodatkowo użyźniają ciecz). Ostatecznie też powierzchnia lustra wody odgrywa znacznie ważniejszą rolę niż głębokość akwarium. Za absolutne minimum uznać należy 150 x 80 cm, przy czym liczyć się należy z tym, że w pełni ukształtowane liście pływające będą w takim zbiorniku zaledwie miniaturkami tych obserwowanych w amazońskim biotopie. Zwykle nie przekraczają one w akwarium kilkudziesięciu centymetrów średnicy. Napotykając zaś przeszkodę w postaci bocznej ściany, zaczynają „chorować” – żółkną i brązowieją, a potem strzępią się i zaginają w odwrotnym niż przewidziała to natura kierunku.

    Po drugie, w zbiorniku dedykowanym wiktorii temperatura wody powinna być utrzymywana na stałym poziomie i nie spadać poniżej 26°C. Tak było w starej palmiarni w Gliwicach, gdzie już w 1925 roku podziwiano tę majestatyczną roślinę. Pierwotny basen gliwickiej oranżerii, usytuowany – jak mnie zapewniono – pod kopułą i dogrzewany dzięki pobliskiej kotłowni, został po wojnie przebudowany. Zmieniono jego lokalizację i o uprawie wiktorii można było zapomnieć.

    Po trzecie, należy pamiętać, że oba gatunki z rodzaju Victoria, jak również otrzymane w wyniku ich krzyżowania mieszańce, są organizmami wybitnie światłolubnymi. Kombinacja florystycznych świetlówek zapewniających światło o szerokim widmie, które sprzyjać będzie fotosyntezie, jest ze wszech miar wskazana. Świetlówki mocujemy w nadbudowie, która – dzięki wspornikom zakleszczonym na szklanych krawędziach akwarium – wznosi się nad zbiornikiem. Godną rozważenia alternatywą jest zastosowanie – znanego zwłaszcza w akwarystyce morskiej – systemu ze zwieszonymi lampami rtęciowymi HQL lub metalohalogenowymi HQI. Niezależnie od tego, na jaki sposób doświetlania się zdecydujemy, dwunastogodzinny cykl dzienny wydaje się odpowiedni. Zdarzają się wszakże „ekstremiści” naświetlający roślinę przez 18 godzin.

    Wreszcie po czwarte – karmienie. Wiktorie to rośliny bardzo żarłoczne, mające nieokiełznane wręcz potrzeby pokarmowe. W warunkach sztucznych doskonale sprawdza się nawóz naturalny. Jest tani i łatwo dostępny. Najlepszym rozwiązaniem, które szczerze polecam, jest bydlęcy obornik. Warto uczyć się od najlepszych, a właśnie kule gliniano-obornikowe, o spowolnionym uwalnianiu, stosuje się w Ogrodzie Botanicznym UAM i w Palmiarni Poznańskiej. Umieszczane są one w basenie w pobliżu korzeni wiktorii raz na dwa-trzy tygodnie. Glina jest doskonałym lepiszczem, poddaje się ręcznej obróbce, a samemu obornikowi nie pozwala wypływać na powierzchnię. Niektórzy ogrodnicy stosują wyciągi humusowe i skoncentrowane nawozy akwarystyczne z dużą zawartością żelaza, serwowane (np. strzykawką) bezpośrednio do doniczki, w której umocowana jest roślina. Spotkałem się też ze stosowaniem wysuszonego nawozu słonia. Oczywiście w pokojowym laboratorium możemy poeksperymentować – tak by maksymalnie zredukować przykry zapach dobywający się z wody.

    Kwiat pierwszej nocy – Ogród Botaniczny UAM, lipiec 2007 (fot. Ewa Jerzak)
    Kwiat pierwszej nocy – Ogród Botaniczny UAM, lipiec 2007 (fot. Ewa Jerzak)

    Od ziarna do kwiatu

    Uprawę na własną skalę rozpoczynamy, rzecz jasna, od kiełkowania nasion. Obecnie można je nabyć w wyspecjalizowanych salonach sprzedaży wysyłkowej i na ogrodniczych giełdach internetowych (głównie zagranicznych, ale zdarzają się i na polskich). Można je też dostać/wymienić poprzez korespondencję z innymi hodowcami lub kupić tzw. nadwyżki produkcyjne z ogrodów botanicznych. W przekroju nasiona wiktorii są okrągławe, przypominają ziarna grochu i mają ciemnozieloną, czarniawą barwę. Autochtoni z Ameryki Południowej nazywają te ziarna „kukurydzą wodną” i z powodzeniem ścierają je na mąkę spożywczą.

    Kiełkowanie nasion w optymalnych warunkach (pH bliskie obojętnego, woda miękka do średnio twardej, temperatura 29-33°C) trwa ok. 2 miesiące. Otrzymane nasiona muszą być przetrzymywane w wilgoci (w słoiczku z wodą lub obłożone zwilżoną bibułką), gdyż ich wysuszenie choćby na kilka minut może spowodować całkowitą utratę zdolności kiełkowania. Więcej, musimy się liczyć z tym, że z nie wszystkich prawidłowo przechowywanych nasion wykiełkują w przyszłości rośliny. Fatalny w skutkach okaże się z pewnością spadek temperatury poniżej 22-24°C. Istnieją dwie szkoły kiełkowania. Według pierwszej – nakłute i nacięte nasiona umieszczamy najpierw w małym i płytkim zbiorniku z grzałką i kamieniem napowietrzającym, zapewniającym sporą cyrkulację wody i wymianę gazową. Umiejętne nacięcie nasiona skraca niezmiernie długi okres kiełkowania do kilku/kilkunastu dni. Według szkoły drugiej, tradycjonalistycznej – nasiona wysiewamy od razu do doniczki z podłożem uformowanym na bazie piasku i ziemi ogrodowej. Doniczkę umieszczamy od razu w centralnym, docelowym miejscu akwarium. Czekamy. Pierwszy podłużny i wąski pęd przypomina z grubsza liście gatunku Blyxa japonica. Potem wydarzenia toczą się już szybciej. Tak jak inni przedstawiciele rodziny grzybieniowatych (Nymphaeaceae) – choćby chroniony w Polsce grzybień biały – w początkowym stadium rozwoju wiktoria wypuszcza liście strzałkowate, później zaś jajowate i owalne. Dopiero tak ukonstytuowany osobnik „decyduje” się na wypuszczenie pierwszego nawodnego liścia pływającego. W okresie swego intensywnego wzrostu liście odmian dostępnych w sprzedaży są najpierw silnie pomarszczone, pofałdowane i – zanim przybiorą swą docelową barwę zieloną – liliowo-brunatne.

    Pielęgnacja jednej z nielicznych bylin w Europie – Ogród Botaniczny UAM, lipiec 2007 (fot. Ewa Jerzak)
    Pielęgnacja jednej z nielicznych bylin w Europie – Ogród Botaniczny UAM, lipiec 2007 (fot. Ewa Jerzak)

    Jakkolwiek uprawa wiktorii w domowych warunkach jest sporym wyzwaniem i porwać się na nią mogą tylko doświadczeni akwaryści czy miłośnicy wodnych ogrodów, to ostateczny efekt zapiera dech w piersiach i wart jest włożonego wysiłku.

    1 Obecnie rozróżnia się przynajmniej sześć, odbiegających od siebie m.in. walorem liści i kwiatów, a dobrze już utrwalonych, hybryd międzygatunkowych („Adventure”, „Longwood Hybrid”, „Atlantis”, „Discovery”, „Columbia” i „Challenger”).

    2 W systematyce historycznej używano też nazw: Victoria regina oraz V. regalis, V. reginae, V. amazonum.